KOMPAS ArtStudio dzisiaj jest 14 grudnia 2017
Nyatri

Z cyklu Ptaki Wrocławia: KOWALIK

12 marca 2015, Justyna Muszyńska

Zobaczyłam go w Parku Zachodnim przy ulicy Legnickiej. Schodził z pnia głową w dół, szukając pożywienia w korze drzewa.
Zauważył mnie, ale nie uciekł. Kontynuował swoje poszukiwania, przybierając akrobatyczne pozy i ostukując pień drzewa swoim mocnym, przypominającym sztylet, dziobem.

Kowalik to jeden z najpiękniejszych ptaków, jakie widziałam we Wrocławiu. Jest tak charakterystycznie upierzony, że nawet laik nie pomyli go z żadnym innym ptakiem. Ma szaroniebieskie skrzydła i płowożółty brzuszek z pomarańczowym nalotem oraz czarną opaskę na oczach.

Fotografowanie kowalika nie należy do najłatwiejszych, gdyż jest to bardzo szybki ptak. Zwinnie wspina się po drzewach i dynamicznie stuka dziobem w korę, a gdy się czegoś przestraszy odlatuje na inne drzewo. Trochę się za nim nabiegałam po parku, ale warto było, bo zrobiłam mu kilka ciekawych zdjęć:

Ptaki Wrocławia: Kowalik, Fot. Justyna Muszyńska

Ptaki Wrocławia: Kowalik, Fot. Justyna Muszyńska

Ptaki Wrocławia: Kowalik, Fot. Justyna Muszyńska

Ptaki Wrocławia: Kowalik, Fot. Justyna Muszyńska

Ptaki Wrocławia: Kowalik, Fot. Justyna Muszyńska


Pacjentka z sali numer 7

6 lutego 2015, Justyna Muszyńska

Przeczytałam piękną i zabawną, a momentami tragiczną i wzruszającą powieść, napisaną przez młodego francuskiego lekarza, zatytułowaną „Pacjentka z sali numer 7”, a zadedykowaną tym którzy leżą i tym, którzy ich podnoszą.

Pacjentka z sali numer 7

Niektóre opowieści Beaulieu Baptiste śmieszą:

Lekarka przyjmuje parę. Pani Żelazo i pan Żelazo, lat dwadzieścia siedem i dwadzieścia osiem.
Ona: bóle w okolicy brzucha i miednicy.
On: podejrzenie POWAŻNEGO niedoboru witamin od dzieciństwa ...
Lekarka przeprowadza wywiad na okoliczność ewentualnej ciąży.
– Bierze pani pigułkę?
– Tak.
Jej towarzysz wtrąca się z wyrzutem:
– Sumienna to ona nie jest. Dlatego gdy ona zapomni, to ja ją biorę.
– Kto co bierze? – pyta lekarka.
– No, pigułkę!
Lekarka, z niedowierzaniem:
– Pan JĄ bierze? Do ust? Połyka pan ją?!?!?
Pan Żelazo spogląda na lekarkę, jakby zwracał się do pierwszoklasistki:
– Do ust, a do czego? Przecież to nie czopki!

inne poruszają:

Ona, od strony drzwi, cierpi na chorobę, która wyżera jej splot słoneczny. Obszar między mostkiem a jamą brzuszną jest bardzo bolesny, jeżeli wda się zakażenie, bo jest bardzo unerwiony: to gniazdo plujących jadem węży.
On, od strony okna, ma bardzo szybko postępującego mięsaka twarzy. Stracił lewe oko. […]
Oboje leżą w sali numer 3. Dziwne, że odstąpiono od szpitalnego zakazu umieszczania w jednej sali kobiet i mężczyzn, ale oni są małżeństwem.

Kiedyś byli młodzi: poznali swoje dumne torsy i triumfujące popiersia, widzieli piękno swoich nastoletnich ciał, które tuliły się do siebie i spływały potem, sprawiając, że świat się kręcił. Aż w zapomnieniu odchodził dzień, noc, głód, pragnienie.
Teraz on widzi, jak ona okrutnie cierpi, ona widzi, jak on z dnia na dzień zmienia się w potwora i traci oddech, on, któremu nastoletnia ona szeptała do uszka czułe słówka na białych poduszkach.
Patrzą na siebie i przypominają sobie.

Jutro, aby złagodzić ból, ona przejdzie operację w innym szpitalu. Kiedy wróci do swojej sali, jego już nie będzie.

a najbardziej przejmujące są te opowieści, z którymi trudno się pogodzić:

Joshua umarł cztery lata temu. Wrócił z meczu piłki nożnej, położył się spać i już się nie obudził. To się nazywa Nagła Śmierć. Miał osiemnaście lat.

Tak definiuje siebie Beaulieu Baptiste:

Celebruję życie, jak mogę. Korzystam i zachęcam moich bliskich, żeby robili to samo: żyje się tylko raz.
Mam dwadzieścia siedem lat i jedną bardzo prostą zasadę: w dni parzyste dziewczyny, w dni nieparzyste chłopcy.

ale w jednym z fragmentów książki dodaje:

Jeżeli wśród lekarzy jest najwyższy odsetek samobójstw, to nie dlatego, że ich zawód jest najcięższy. Każdy zawód jest ciężki na swój sposób. Jeżeli odsetek samobójstw jest najwyższy, to dlatego, że lekarze doskonale wiedzą, co trzeba wziąć.

Beaulieu Baptiste

A jaka jest historia tytułowej pacjentki z sali numer 7?


Szalony francuski kelner

30 stycznia 2015, Justyna Muszyńska

Ledwo przekroczyliśmy próg kameralnej, paryskiej restauracji i jeszcze nie byliśmy pewni, czy akurat tutaj chcemy zjeść obiad, a już kelner energicznymi ruchami rąk i głowy zapraszał (a raczej wpychał nas) do stolika przy oknie.
Se il vous plaît ici, ce est l’endroit idéal pour vous (jeśli GOOGLE translator się nie myli to kelner powiedział: Proszę tutaj, to idealne miejsce dla Państwa).

Wiadomo, to miejsce nigdy nie może być puste. Zajęte stoliki przy oknie dają wrażenie, że restauracja jest pełna gości, a im więcej gości widać z ulicy tym lepiej dla restauracji. To typowy chwyt marketingowy na przyciągnięcie kolejnych klientów.

Musieliśmy bardzo szybko i zdecydowanie zamawiać nasze dania, bo gdy tylko zaczynaliśmy się zastanawiać nad jakąś potrawą, kelner znikał bez słowa i obsługiwał już innych gości.
Między przystawkami, daniem głównym (pyszną, duszoną wołowiną z makaronem), a deserem, kelner wirował między stolikami jak zawodowy tancerz. Jego biały fartuch falował przy każdym obrocie, a jedzenie lądowało na stolikach z kosmiczną prędkością. I wtedy wydarzyło się coś, czego nikt z nas się nie spodziewał. Nie, kelner nie wywrócił się z naręczem talerzy, nie rozlał zupy ani wina. Stało się coś gorszego!
Talerz z żabimi udkami namalował mi na skroni i powiece dwu-centymetrowego siniaka! Jak to się stało?
Siedziałem tyłem do sali, aby podziwiać widok paryskiej uliczki. W tym samym momencie, w którym schyliłam się, żeby schować coś do torebki, nadciągnęło tsunami, czyli kelner z talerzami i nie zauważył, że moja głowa zmieniła współrzędne.

Kelner nawet mnie nie przeprosił. Nie usłyszałam popularnego na całym świecie Pardon (to słowo pada częściej w londyńskim metrze niż tu, w Paryżu) ani nie wykonał żadnego gestu, świadczącego o tym, że jest mu przykro.
Może myślał, że tylko musnął mnie tym talerzem? A może za takie rzeczy we Francji się nie przeprasza?
Skoro kelner uznał ten incydent za nic niezwykłego, ja również przestałam o tym myśleć i zajęłam się konsumowaniem delikatnych żabich udek, poukładanych na sałacie tak, jakby żaby nadal wylegiwały się na słońcu.

Żabie udka

Czy można być w Paryżu i nie spróbować ślimaków?
Nasze ślimaki były sporządzone po prowansalsku, z subtelną nutą czosnku.
Podobno odwrotnie trzymaliśmy chwytak do muszli. Ale kto by się tym przejmował! Ważne, że udało nam się wyłowić je ze skorupek i że żaden ślimak nie wyślizgnął się z talerza.

Ślimaki po prowansalsku

Nie zdążyliśmy jeszcze zasunąć za sobą krzeseł (trzeba przyznać, że jedzenie tam było przepyszne!), a kelner złapał na nasze miejsce kolejnych gości – The Show Must Go On!

Moja pamiątka po tym szalonym kelnerze zniknęła dopiero po tygodniu, przybierając codziennie inną barwę. A paleta tych kolorów była zaskakująco bogata. Najpierw siniak był czerwony, później fioletowo-granatowy, a na koniec nawet żółto-zielony!
Oczywiście nie był to mój pierwszy siniak w życiu, więc skąd ta wnikliwa analiza?
Był to mój pierwszy siniak na twarzy, więc codziennie (chcąc nie chcąc) oglądałam w lustrze jego metamorfozę.

Od tamtej pory wybieram w restauracjach bezpieczne miejsca z widokiem na salę i przemieszczających się kelnerów.

Uliczka w Paryżu

 

Witryna w Paryżu

 

 


KARUZELA dla dorosłych

9 maja 2014, Justyna Muszyńska

Zobaczyłam ją już z daleka. Górowała nad wiedeńskim Praterem niczym Chrystus nad Świebodzinem, czy Sky Tower nad Wrocławiem.
To prawie najwyższa na świecie karuzela łańcuchowa (do pobicia światowego rekordu brakuje jej tylko 5 metrów).
„Ale masakra” – pomyślałam, gdy ujrzałam tą gigantyczną karuzelę i mikroskopijnych ludzi wirujących wokół jej podstawy – „nigdy w życiu na nią nie wsiądę!”.

Zdjęcie pochodzi ze strony: www.wieninternational.at

Pół godziny później siedziałam na małym krzesełku 117 metrów nad ziemią.
Fruwałam nad Wiedniem z prędkością 60 km/godz i podziwiałam panoramę austriackiej stolicy z lotu ptaka …
Prawdę mówiąc nie byłam w stanie niczego podziwiać. Rozwiane włosy ograniczały mi widoczność, a żołądek zaciskał się przy każdym podmuchu wiatru, który kołysał moim małym krzesełkiem. Zastanawiałam się, czy mogę się zderzyć z krzesełkiem sąsiadów, gdy nagle zerwie się zbyt mocny wiatr….
W głowie mi wirowało, gdy spoglądałam w dół, gdzie tłum turystów wyglądał jak kolorowe ziarenka piasku.
Modliłam się w intencji zgromadzonych na dole gapiów, bo moja bujna wyobraźnia urodziła wizję spadającego, czarnego sandała, który ześlizgnął mi się ze stopy i niczym niechcący strącona z parapetu doniczka, roztrzaskuje głowę jakiegoś turysty, który nie zachowawszy bezpiecznej odległości, stał zbyt blisko karuzeli … Zamiast podziwiać panoramę Wiednia, uspokajałam się ćwiczeniami oddechowymi, których nauczyłam się na warsztatach dla rodziców dzieci nadpobudliwych.

Po kilku, a może kilkunastu minutach, gdy zbliżałam się już do ziemi, karuzela nagle przyśpieszyła i moje krzesełko zaczęło się szybciej obracać (czyżby pomysłodawca tej szaleńczej przejażdżki pomyślał, że mam we krwi jeszcze zbyt mało adrenaliny?).
Wstałam z krzesełka, a moje nogi drżały jeszcze przez 15 minut. „Czy warto doprowadzać się do takiego stanu?” – pomyślałam i uśmiechnęłam się do mojego męża, który (mając lęk wysokości), patrzył na mnie z takim podziwem i niedowierzaniem jakbym była co najmniej jakimś bohaterem amerykańskiego filmu sensacyjnego (na przykład tym, który uratował świat przed spadającym na ziemię meteorytem).

Ta niesamowita przygoda nie mogła być zwieńczona sztampowym komentarzem, typu:„ Ale było super. Polecam karuzelę łańcuchową w wiedeńskim parku rozrywki Prater!” Dopiero teraz, gdy minął prawie rok, na spokojnie jeszcze raz przeanalizowałam swoje doznania i spisałam ponad trzysta słów na temat tego wakacyjnego (nieplanowanego!) przeżycia.
Czy powtórzyłabym jeszcze raz to doświadczenie? Na pewno tak!


Czy ludzkość przetrwa wojnę atomową?

8 maja 2014, Justyna Muszyńska

Słońce na twarzy, świeże powietrze w płucach, trawa pod stopami?
Słyszałem o takich rzeczach, żyję w świecie bez nich, w świecie pod ziemią.
Nie pamiętam życia sprzed wybuchu. Byłem małym chłopcem, kiedy mnie ocalili.
Czy te rzeczy mogą wrócić? Taką mam nadzieję.
Lecz teraz, jedyne, czego się boję, to przyszłość.

„Metro 2033”, Dmitry Glukhovsky

„Metro 2033” to mroczna opowieść o życiu wymierającej rasy ludzkiej, która w wyniku konfliktu atomowego, znalazła schronienie w tytułowym metrze.

Dumni niegdyś homo sapiens (władcy lądów i przestworzy), od 30 lat (brudni, niedożywieni i przestraszeni), kryją się pod ziemią, żywiąc się grzybami, szczurami, czasami wieprzowiną.
Codziennie walczą o życie, które mogą stracić z rąk popromiennych mutantów, czarnych homo novi, szczurów, faszystów, Wyznawców Wielkiego Czerwia, dżumy itp., itd. ….

A co się dzieje na ziemi?
Planeta, którą przez swoją głupotę zniszczył człowiek, już o nim zapomina. Jest opanowana przez nowe gatunki – owłosione stwory, drapieżne ptaki, zmutowane psy. Stworzenia te (w przeciwieństwie do człowieka) potrafią żyć na powierzchni skażonej planety. Są odporne na radioaktywne promieniowanie i polują na nielicznych ludzi, wychodzących nocami z metra.
Nawet słońce stało się nowym wrogiem człowieka – oczy przyzwyczajone do ciemnego metra, nie wytrzymują natężenia światła większego niż światło latarki, a promienie słoneczne mogą spowodować ślepotę.
Ludzkie dzieci, które rodzą się w metrze chorowite, ze słabym wzrokiem, cienkimi włosami i bladą, przezroczystą skórą, nie będą już miały szansy na odzyskanie swojej planety.

„Metro 2033” polecam nie tylko wielbicielom literatury fantastycznej. Książka wciąga, zmusza do refleksji, jest ponadczasowa w wymiarze ludzkiej egzystencji.
No i te korytarze moskiewskiego metra – ciemne, niebezpieczne, w których czai się zarówno realne niebezpieczeństwo jak i ludzkie urojenia – doprowadzające niektórych do chorób psychicznych.

Wracając do tytułowego pytania: „Czy ludzkość przetrwa wojnę atomową?”, moim zdaniem niestety, nie …


Z życia ADHD-owca

18 października 2010, Justyna Muszyńska

Anegdota pt. „Kapcie”

„Normalne” dziecko zakłada kapcie maksymalnie w 5 minut. U dziecka z ADHD trwa to kilka razy dłużej, jeśli wyda mu się nieprecyzyjne polecenie.

6-letni ADHD-owiec ma ubrać kapcie, więc  dorosły wydaje mu polecenie:  Ubierz kapcie.

ADHD-owiec ubiera kapcie swojego taty i człapie w nich zadowolony (bo przecież ubrał kapcie!)

Dorosły precyzuje polecenie: Weź swoje kapcie!

ADHD-owiec bierze do ręki swoje kapcie (ale ich nie nakłada).

Dorosły (już pomału traci cierpliwość) powtarza: Ubierz swoje kapcie.

ADHD-owiec (z uśmiechem na twarzy) nakłada swoje kapcie na … swoje ręce.

Dorosły w końcu wydaje precyzyjne polecenie: Nałóż swoje kapcie na swoje stopy!

ADHD-owiec w końcu ma na nogach kapcie, a dorosły potrzebuje 10 minut, żeby ochłonąć …


Kategorie: Inne tematy

Otagowanie: Tagi: ,

Ostatnio przeczytałam i polecam

13 października 2010, Justyna Muszyńska

Zacznę od Białego Tygrysa – książce o prawdziwych Indiach. Skrajnej biedzie na wioskach, pozornego przepychu w miastach. O człowieku, który z uczciwego i pracowitego chłopca, urodzonego w ciemnym sercu Indii, stał się pełnym determinacji zabójcą.


Biały Tygrys, Aravind Adiga

Biały Tygrys to człowiek, który, aby żyć normalnie musiał zabić i okraść swojego Pana, skorumpować urzędników i policjantów oraz żyć z przeświadczeniem, że przez niego zginęła jego kilkunastoosobowa rodzina. Ale dzięki temu stał się prężnie rozwijającym przedsiębiorcą w Indiach.

To jest przerażające, że lśniące przepychem wieżowce w Delhi kryją w swoich piwnicach ludzi, żyjących na marginesie życia. Służących, którzy spełniają wszystkie rozkazy swoich panów (nawet przyznają się do zabójstwa, którego nie popełnili).

Książka jest wstrząsająca i jeśli ktoś narzeka na kraj, w którym żyje to niech przeczyta Białego Tygrysa i dowie się w jakich skrajnościach mogą żyć ludzie.

P.S. Gdy kończyłam czytać tą książkę, u nas w Polsce trwały właśnie wybory prezydenckie i pomyślałam sobie, że cieszę się, że żyję w Polsce. Nieważne czy prezydentem zostanie Kaczyński czy Komorowski to i tak jest dobrze, że żyję w tym kraju.


Kategorie: Inne tematy

Otagowanie: Tagi:

Powódź we Wrocławiu

26 maja 2010, Justyna Muszyńska

Miniony weekend pełen był napięcia i niepewności. Gdy w sobotę woda przerwała worki z piaskiem i wdarła się na Kozanów, na naszym osiedlu (które jest niedaleko Kozanowa) został wyłączony prąd i  ludzie wpadli w panikę.  Sąsiedzi wychodzili na balkony, po ulicach zaczęli biegać zaniepokojeni ludzie.

W rezultacie okazało się, że woda zatrzymała się na Kozanowie i nasze osiedle było bezpieczne.

Dopiero następnego dnia poszliśmy na Kozanów zobaczyć skutki powodzi, które miały mniejszy zasięg niż w 1997 roku, ale były równie tragiczne dla mieszkańców Kozanowa.

Poniżej kilka zdjęć z zalanego Kozanowa:

Nowy blok wybudowany w miejscu, które było zalane w 1997 roku ...

Mieszkańcy Kozanowa mogli liczyć na pomoc strażaków, policjantów i żołnierzy

Niektórzy nie zdążyli przestawić swoich samochodów w wyżej położone miejsca

Zalany bus

(more…)


NYATRI – Pomoc Dzieciom z Tybetu

10 lutego 2010, Justyna Muszyńska

W wiosce Dolanji w indyjskich Himalajach mieści się obóz uchodźców tybetańskich. Mieszka tam około 1 tys. Tybetańczyków, z czego połowa to dzieci – sieroty, półsieroty lub pochodzące ze skrajnie biednych rodzin.

Część chłopców mieszka w przyklasztornym internacie Bon Children’s Welfare Centre (BCWC), gdzie kształcą się na przyszłych mnichów. Jednak zdecydowana większość z nich po ukończeniu szkoły rozpocznie świeckie życie.

W dolinie mieści się sierociniec Bon Children’s Home (BCH), w którym mieszka obecnie ponad 300 chłopców i dziewcząt w wieku od 4 do 20 lat.

Sierociniec Bon Children’s Home (BCH)

Co roku przybywa do BCH około 20 nowych dzieci. Tylko połowa uczy się w szkołach ponadpodstawowych. Tylko 6 % ma szansę kształcić się w szkołach wyższych. Do 2008 roku dziećmi opiekowało się zaledwie 6 osób. Dzięki pomocy Fundacji  Nyatri w 2009 roku  udało się zwiększyć liczbę opiekunów do 11 osób. Z powodu odległości i nędzy większość z wychowanków BCH nie ma żadnego kontaktu ze swoimi rodzinami. Tęsknią i marzą o lepszej przyszłości i o tym, by kiedyś móc pomóc swoim rodzicom lub wioskom, z których pochodzą.

Więcej informacji na temat sierocińca BCH możecie przeczytać na stronie Fundacji Nyatri.

Logo Nyatri - Fundacji Pomoc Dzieciom Tybetu

Nyatri – Fundacja Pomocy Dzieciom Tybetu koncentruje swoje działania na pomocy małym Tybetańczykom z Dolanji. Zrzesza w swoim gronie wolontariuszy, Rodziców Serca i działaczy społecznych. Na co dzień są oni naukowcami, dziennikarzami, lekarzami, nauczycielami, przedsiębiorcami, zwykłymi ludźmi, którzy przejęli się losem najbiedniejszych z biednych i postanowili zintegrować swoją pomoc, by była ona bardziej efektywna.

Na naszym blogu, tuż obok reklam GOOGLE, znajduje się logo Fundacji. Jest ono integralną częścią naszego bloga.

Kolejnym, nowym elementem naszego bloga jest baner z reklamami GOOGLE. Reklamy GOOGLE wprowadziliśmy wyłącznie po to, aby całkowity dochód z reklam przeznaczyć na wsparcie Fundacji Nyatri, a w szczególności programu Adopcja Serca.


Upominek Noworoczny

23 stycznia 2010, Justyna Muszyńska

Kalendarz biurkowy na 2010 rok

W tym roku, dla naszych klientów przygotowaliśmy drobny upominek Noworoczny w postaci kalendarza biurkowego na 2010 rok:

Kalendarz jest trochę nietypowy, ponieważ ma niestandardowe kalendarium oraz tzw.: „złote myśli” na każdy miesiąc, pochodzące z moich ulubionych książek: „Zarządzanie czasem”, Brian Tracy oraz „7 nawyków skutecznego działania”, Stephen R. Covey.

(more…)


Older Posts »

Powered by WordPress