KOMPAS ArtStudio dzisiaj jest 28 kwietnia 2015
Nyatri

Targi branżowe i wystawy tematyczne

30 marca 2015, Justyna Muszyńska

Naszych klientów wspieramy w przygotowaniu materiałów reklamowych na targi branżowe i wystawy tematyczne. Projektujemy i drukujemy materiały reklamowe – foldery, ulotki, wizytówki. Dbamy o estetykę wizualną stoiska, przygotowując grafikę na banery reklamowe, roll-upy, trybunki wystawiennicze,  czy próbniki. Oferujemy również łatwe w montażu i wygodne w transporcie stojaki reklamowe na materiały reklamowe.

Zaprojektowane przez nas materiały reklamowe, można było oglądać między innymi na stoisku firmy Castelior na targach MSPO (Międzynarodowy Salon Przemysłu Obronnego) w Kielcach:

Castelior na targach MSPO

Castelior na targach MSPO

Castelior na targach MSPO

Firma Castelior na targach MSPO

Castelior na targach MSPO

oraz na wystawie Męski Świat w Magnolii, prezentującej pojazdy firmy Vimex:

Vimex - importer pojazdów Buggy i UTV

Vimex - importer pojazdów Buggy i UTV

Vimex - importer pojazdów Buggy i UTV

Vimex - importer pojazdów Buggy i UTV

 


Z cyklu Ptaki Wrocławia: KOWALIK

12 marca 2015, Justyna Muszyńska

Zobaczyłam go w Parku Zachodnim przy ulicy Legnickiej. Schodził z pnia głową w dół, szukając pożywienia w korze drzewa.
Zauważył mnie, ale nie uciekł. Kontynuował swoje poszukiwania, przybierając akrobatyczne pozy i ostukując pień drzewa swoim mocnym, przypominającym sztylet, dziobem.

Kowalik to jeden z najpiękniejszych ptaków, jakie widziałam we Wrocławiu. Jest tak charakterystycznie upierzony, że nawet laik nie pomyli go z żadnym innym ptakiem. Ma szaroniebieskie skrzydła i płowożółty brzuszek z pomarańczowym nalotem oraz czarną opaskę na oczach.

Fotografowanie kowalika nie należy do najłatwiejszych, gdyż jest to bardzo szybki ptak. Zwinnie wspina się po drzewach i dynamicznie stuka dziobem w korę, a gdy się czegoś przestraszy odlatuje na inne drzewo. Trochę się za nim nabiegałam po parku, ale warto było, bo zrobiłam mu kilka ciekawych zdjęć:

Ptaki Wrocławia: Kowalik, Fot. Justyna Muszyńska

Ptaki Wrocławia: Kowalik, Fot. Justyna Muszyńska

Ptaki Wrocławia: Kowalik, Fot. Justyna Muszyńska

Ptaki Wrocławia: Kowalik, Fot. Justyna Muszyńska

Ptaki Wrocławia: Kowalik, Fot. Justyna Muszyńska


Impreza Start do Nart w Ski Arena ŁYSA GÓRA

27 lutego 2015, Justyna Muszyńska

W dniach 30.01 – 01.02 2015 r. w ośrodku narciarskim Ski Arena ŁYSA GÓRA odbyła się impreza sportowa Start do Nart, organizowana przez Radio ZET.
Były zabawy zręcznościowe i konkursy z nagrodami, zawody narciarskie oraz wiele innych atrakcji. Relację z tego wydarzenia znajdziecie na stronie www.startdonart.pl

Nasza Agencja Reklamowa KOMPAS ArtStudio na tę okazję zaprojektowała dla ośrodka SKI ARENA nowe tablice i banery reklamowe, regulaminy, cenniki, a także nadruki na odzież.

Start do Nart _  tablica reklamowa

Start do Nart _  tablica parkingowa

Start do Nart _  baner reklamowy

Start do Nart _  banery reklamowe

Start do Nart _  reklama baru

Start do Nart _  logo na odzieży

Start do Nart

Start do Nart _  cennik i regulaminy

Start do Nart _ kasy

Start do Nart _  tablice użytkowe

 


Z cyklu Ptaki Wrocławia: ŁABĘDZIE

18 lutego 2015, Justyna Muszyńska

Co mają wspólnego ptaki Wrocławia z kontrowersyjną dziurą przy Stadionie Miejskim we Wrocławiu? I dlaczego dziura w ziemi budzi tyle emocji?

Historia tej dziury to prawdziwa tragikomedia, która jednych oburza, innych śmieszy, a pozostałym jest zupełnie obojętna.
A tak to się zaczęło: przy Stadionie Miejskim miała być wybudowana galeria handlowa, ale wycofał się inwestor, pozostawiając po sobie ponad 6-hektarową dziurę w ziemi.
Przed EURO2012 miasto chciało zasłonić dziurę gigantyczną reklamą, ale niestety nie znalazł się sponsor.

Dziura przy Stadionie Miejskim we Wrocławiu
Na czas piłkarskiego święta dziurę zasłonięto reklamą Wrocławia.

Reklama Wrocławia na EURO2012

A po zakończeniu EURO2012, dziura zamieniła się w „jezioro miejskie” i zamieszkały tam ptaki, takie jak np.: łabędzie nieme, kaczki krzyżówki, łyski i perkozki.

Dziura jest zabezpieczona ogrodzeniem z siatki, ale mimo to udało mi się sfotografować, pływające w niej łabędzie nieme z młodymi.

Łabędź niemy we Wrocławiu
Łabędź niemy we Wrocławiu
Młody łabędź niemy we Wrocławiu
Łabędzie we Wrocławiu
Młody łabędź niemy we Wrocławiu  Młody łabędź niemy we Wrocławiu

Osobiście jestem za tym, aby to „jezioro miejskie” nie zostało zamienione w kolejną galerię handlową. Wolę obserwować ptaki i wdychać woń świeżego powietrza niż oglądać wystawy sklepowe w zatłoczonych i hałaśliwych pasażach handlowych.


Folder reklamowy dla firmy CASTELIOR

13 lutego 2015, Justyna Muszyńska

Wielokrotnie sprawdzone w ekstremalnych warunkach przez jednostki militarne w USA.
Niezniszczalne i wodoszczelne o hermetycznej konstrukcji.
Zaprojektowane według opatentowanych rozwiązań transportowych, zabezpieczających sprzęt wszelkiego rodzaju.

Tylko takie skrzynie wprowadza do swojej oferty polski dystrybutor skrzyń transportowych – firma CASTELIOR.

Skrzynie transportowe CASTELIOR
Firma zdobyła przewagę rynkową dzięki militarnemu doświadczeniu, nieszablonowemu podejściu w zakresie bezpieczeństwa i współpracy z najlepszymi na świecie producentami skrzyń ochronnych, posiadającymi zaawansowany park maszynowy.

Logo firmy CASTELIOR

Dla firmy CASTELIOR zaprojektowaliśmy 40-stronicowy katalog produktowy, obejmujący specyfikację techniczną skrzyń EXPLORER i SKB, a także opis skrzyń Peli, Peli-Storm, Hardigg i skrzyń typu Rack.
W katalogu umieściliśmy również prezentację kombinezonu ochronnego ESO 3 ALEKSANDER, wykorzystywanego do pracy w polach elektromagnetycznych.

Przekaz reklamowy katalogu, wzmocniliśmy zdjęciami wizerunkowymi, ukazującymi „skrzynie w akcji”, np.: w pokrytej lodem jaskini, w wartkim strumieniu górskim, w głębinach morskich, a nawet pod łapami niedźwiedzia białego.

Skrzynie Explorer

Zaprojektowany przez nas katalog reklamowy firmy CASTELIOR wzbudza duże zainteresowanie na targach branżowych, co ma bezpośredni wpływ na wzrost sprzedaży produktów firmy.


Pacjentka z sali numer 7

6 lutego 2015, Justyna Muszyńska

Przeczytałam piękną i zabawną, a momentami tragiczną i wzruszającą powieść, napisaną przez młodego francuskiego lekarza, zatytułowaną „Pacjentka z sali numer 7″, a zadedykowaną tym którzy leżą i tym, którzy ich podnoszą.

Pacjentka z sali numer 7

Niektóre opowieści Beaulieu Baptiste śmieszą:

Lekarka przyjmuje parę. Pani Żelazo i pan Żelazo, lat dwadzieścia siedem i dwadzieścia osiem.
Ona: bóle w okolicy brzucha i miednicy.
On: podejrzenie POWAŻNEGO niedoboru witamin od dzieciństwa ...
Lekarka przeprowadza wywiad na okoliczność ewentualnej ciąży.
– Bierze pani pigułkę?
– Tak.
Jej towarzysz wtrąca się z wyrzutem:
– Sumienna to ona nie jest. Dlatego gdy ona zapomni, to ja ją biorę.
– Kto co bierze? – pyta lekarka.
– No, pigułkę!
Lekarka, z niedowierzaniem:
– Pan JĄ bierze? Do ust? Połyka pan ją?!?!?
Pan Żelazo spogląda na lekarkę, jakby zwracał się do pierwszoklasistki:
– Do ust, a do czego? Przecież to nie czopki!

inne poruszają:

Ona, od strony drzwi, cierpi na chorobę, która wyżera jej splot słoneczny. Obszar między mostkiem a jamą brzuszną jest bardzo bolesny, jeżeli wda się zakażenie, bo jest bardzo unerwiony: to gniazdo plujących jadem węży.
On, od strony okna, ma bardzo szybko postępującego mięsaka twarzy. Stracił lewe oko. [...]
Oboje leżą w sali numer 3. Dziwne, że odstąpiono od szpitalnego zakazu umieszczania w jednej sali kobiet i mężczyzn, ale oni są małżeństwem.

Kiedyś byli młodzi: poznali swoje dumne torsy i triumfujące popiersia, widzieli piękno swoich nastoletnich ciał, które tuliły się do siebie i spływały potem, sprawiając, że świat się kręcił. Aż w zapomnieniu odchodził dzień, noc, głód, pragnienie.
Teraz on widzi, jak ona okrutnie cierpi, ona widzi, jak on z dnia na dzień zmienia się w potwora i traci oddech, on, któremu nastoletnia ona szeptała do uszka czułe słówka na białych poduszkach.
Patrzą na siebie i przypominają sobie.

Jutro, aby złagodzić ból, ona przejdzie operację w innym szpitalu. Kiedy wróci do swojej sali, jego już nie będzie.

a najbardziej przejmujące są te opowieści, z którymi trudno się pogodzić:

Joshua umarł cztery lata temu. Wrócił z meczu piłki nożnej, położył się spać i już się nie obudził. To się nazywa Nagła Śmierć. Miał osiemnaście lat.

Tak definiuje siebie Beaulieu Baptiste:

Celebruję życie, jak mogę. Korzystam i zachęcam moich bliskich, żeby robili to samo: żyje się tylko raz.
Mam dwadzieścia siedem lat i jedną bardzo prostą zasadę: w dni parzyste dziewczyny, w dni nieparzyste chłopcy.

ale w jednym z fragmentów książki dodaje:

Jeżeli wśród lekarzy jest najwyższy odsetek samobójstw, to nie dlatego, że ich zawód jest najcięższy. Każdy zawód jest ciężki na swój sposób. Jeżeli odsetek samobójstw jest najwyższy, to dlatego, że lekarze doskonale wiedzą, co trzeba wziąć.

Beaulieu Baptiste

A jaka jest historia tytułowej pacjentki z sali numer 7?


Szalony francuski kelner

30 stycznia 2015, Justyna Muszyńska

Ledwo przekroczyliśmy próg kameralnej, paryskiej restauracji i jeszcze nie byliśmy pewni, czy akurat tutaj chcemy zjeść obiad, a już kelner energicznymi ruchami rąk i głowy zapraszał (a raczej wpychał nas) do stolika przy oknie.
Se il vous plaît ici, ce est l’endroit idéal pour vous (jeśli GOOGLE translator się nie myli to kelner powiedział: Proszę tutaj, to idealne miejsce dla Państwa).

Wiadomo, to miejsce nigdy nie może być puste. Zajęte stoliki przy oknie dają wrażenie, że restauracja jest pełna gości, a im więcej gości widać z ulicy tym lepiej dla restauracji. To typowy chwyt marketingowy na przyciągnięcie kolejnych klientów.

Musieliśmy bardzo szybko i zdecydowanie zamawiać nasze dania, bo gdy tylko zaczynaliśmy się zastanawiać nad jakąś potrawą, kelner znikał bez słowa i obsługiwał już innych gości.
Między przystawkami, daniem głównym (pyszną, duszoną wołowiną z makaronem), a deserem, kelner wirował między stolikami jak zawodowy tancerz. Jego biały fartuch falował przy każdym obrocie, a jedzenie lądowało na stolikach z kosmiczną prędkością. I wtedy wydarzyło się coś, czego nikt z nas się nie spodziewał. Nie, kelner nie wywrócił się z naręczem talerzy, nie rozlał zupy ani wina. Stało się coś gorszego!
Talerz z żabimi udkami namalował mi na skroni i powiece dwu-centymetrowego siniaka! Jak to się stało?
Siedziałem tyłem do sali, aby podziwiać widok paryskiej uliczki. W tym samym momencie, w którym schyliłam się, żeby schować coś do torebki, nadciągnęło tsunami, czyli kelner z talerzami i nie zauważył, że moja głowa zmieniła współrzędne.

Kelner nawet mnie nie przeprosił. Nie usłyszałam popularnego na całym świecie Pardon (to słowo pada częściej w londyńskim metrze niż tu, w Paryżu) ani nie wykonał żadnego gestu, świadczącego o tym, że jest mu przykro.
Może myślał, że tylko musnął mnie tym talerzem? A może za takie rzeczy we Francji się nie przeprasza?
Skoro kelner uznał ten incydent za nic niezwykłego, ja również przestałam o tym myśleć i zajęłam się konsumowaniem delikatnych żabich udek, poukładanych na sałacie tak, jakby żaby nadal wylegiwały się na słońcu.

Żabie udka

Czy można być w Paryżu i nie spróbować ślimaków?
Nasze ślimaki były sporządzone po prowansalsku, z subtelną nutą czosnku.
Podobno odwrotnie trzymaliśmy chwytak do muszli. Ale kto by się tym przejmował! Ważne, że udało nam się wyłowić je ze skorupek i że żaden ślimak nie wyślizgnął się z talerza.

Ślimaki po prowansalsku

Nie zdążyliśmy jeszcze zasunąć za sobą krzeseł (trzeba przyznać, że jedzenie tam było przepyszne!), a kelner złapał na nasze miejsce kolejnych gości – The Show Must Go On!

Moja pamiątka po tym szalonym kelnerze zniknęła dopiero po tygodniu, przybierając codziennie inną barwę. A paleta tych kolorów była zaskakująco bogata. Najpierw siniak był czerwony, później fioletowo-granatowy, a na koniec nawet żółto-zielony!
Oczywiście nie był to mój pierwszy siniak w życiu, więc skąd ta wnikliwa analiza?
Był to mój pierwszy siniak na twarzy, więc codziennie (chcąc nie chcąc) oglądałam w lustrze jego metamorfozę.

Od tamtej pory wybieram w restauracjach bezpieczne miejsca z widokiem na salę i przemieszczających się kelnerów.

Uliczka w Paryżu

 

Witryna w Paryżu

 

 


Pendrive – idealny upominek reklamowy

12 września 2014, Justyna Muszyńska

Pamięć USB – niezbędnik każdego użytkownika komputera – to niezwykle atrakcyjny i praktyczny gadżet. Wręczając go naszym klientom mamy pewność, że nie wyrzucą go do kosza przy pierwszej, nadążającej się okazji. Ulotka – czasami, nawet nieprzeczytana, ląduje w koszu. Długopis – wypisze się i leżakuje na dnie szuflady. Koszulka z nadrukiem reklamowym – gdy wyblaknie na słońcu lub spierze się w pralce, nie jest już noszona.
A pendrive – jest potrzebny do przenoszenia i archiwizacji danych, nie psuje się, nie blaknie i z dumą eksponuje nasze logo.

Biorąc pod uwagę powyższe argumenty, wskazujące na to, że Pendrive to idealny upominek reklamowy, wprowadziliśmy do naszej oferty Pamięci USB z dwustronnym nadrukiem reklamowym (znakowanie UV lub laserowe).
Nasze Pendrivy wyróżniają się przede wszystkim różnorodnością:

Pojemność – oferujemy Pamięci USB w trzech pojemnościach: 8GB, 16GB i 32GB;

Kształty – mogą być klasyczne, czyli prostokątne lub w formie karty kredytowej;

Pendrive Credit Card
Gabaryty – nasz najmniejszy  Pendrive (Point) ma tylko 2 cm długości i 1,2 cm szerokości;

Pendrive Point
Materiał – nasze Pendrive mają obudowy plastikowe, aluminiowe, drewniane, a także z elementami skóry ekologicznej i stali chromowanej;


Kolorystyka – proponujemy pełną gamę kolorystyczną Pendrivów od eleganckiego srebra i złota poprzez brązy, czernie, klasyczną biel, a także żywe kolory: pomarańczowy, czerwony, jasnozielony, niebieski, żółty.

Zapraszamy do zapoznania się z naszą ofertą Pamięci USB.

 


KARUZELA dla dorosłych

9 maja 2014, Justyna Muszyńska

Zobaczyłam ją już z daleka. Górowała nad wiedeńskim Praterem niczym Chrystus nad Świebodzinem, czy Sky Tower nad Wrocławiem.
To prawie najwyższa na świecie karuzela łańcuchowa (do pobicia światowego rekordu brakuje jej tylko 5 metrów).
„Ale masakra” – pomyślałam, gdy ujrzałam tą gigantyczną karuzelę i mikroskopijnych ludzi wirujących wokół jej podstawy – „nigdy w życiu na nią nie wsiądę!”.

Zdjęcie pochodzi ze strony: www.wieninternational.at

Pół godziny później siedziałam na małym krzesełku 117 metrów nad ziemią.
Fruwałam nad Wiedniem z prędkością 60 km/godz i podziwiałam panoramę austriackiej stolicy z lotu ptaka …
Prawdę mówiąc nie byłam w stanie niczego podziwiać. Rozwiane włosy ograniczały mi widoczność, a żołądek zaciskał się przy każdym podmuchu wiatru, który kołysał moim małym krzesełkiem. Zastanawiałam się, czy mogę się zderzyć z krzesełkiem sąsiadów, gdy nagle zerwie się zbyt mocny wiatr….
W głowie mi wirowało, gdy spoglądałam w dół, gdzie tłum turystów wyglądał jak kolorowe ziarenka piasku.
Modliłam się w intencji zgromadzonych na dole gapiów, bo moja bujna wyobraźnia urodziła wizję spadającego, czarnego sandała, który ześlizgnął mi się ze stopy i niczym niechcący strącona z parapetu doniczka, roztrzaskuje głowę jakiegoś turysty, który nie zachowawszy bezpiecznej odległości, stał zbyt blisko karuzeli … Zamiast podziwiać panoramę Wiednia, uspokajałam się ćwiczeniami oddechowymi, których nauczyłam się na warsztatach dla rodziców dzieci nadpobudliwych.

Po kilku, a może kilkunastu minutach, gdy zbliżałam się już do ziemi, karuzela nagle przyśpieszyła i moje krzesełko zaczęło się szybciej obracać (czyżby pomysłodawca tej szaleńczej przejażdżki pomyślał, że mam we krwi jeszcze zbyt mało adrenaliny?).
Wstałam z krzesełka, a moje nogi drżały jeszcze przez 15 minut. „Czy warto doprowadzać się do takiego stanu?” – pomyślałam i uśmiechnęłam się do mojego męża, który (mając lęk wysokości), patrzył na mnie z takim podziwem i niedowierzaniem jakbym była co najmniej jakimś bohaterem amerykańskiego filmu sensacyjnego (na przykład tym, który uratował świat przed spadającym na ziemię meteorytem).

Ta niesamowita przygoda nie mogła być zwieńczona sztampowym komentarzem, typu:„ Ale było super. Polecam karuzelę łańcuchową w wiedeńskim parku rozrywki Prater!” Dopiero teraz, gdy minął prawie rok, na spokojnie jeszcze raz przeanalizowałam swoje doznania i spisałam ponad trzysta słów na temat tego wakacyjnego (nieplanowanego!) przeżycia.
Czy powtórzyłabym jeszcze raz to doświadczenie? Na pewno tak!


Czy ludzkość przetrwa wojnę atomową?

8 maja 2014, Justyna Muszyńska

Słońce na twarzy, świeże powietrze w płucach, trawa pod stopami?
Słyszałem o takich rzeczach, żyję w świecie bez nich, w świecie pod ziemią.
Nie pamiętam życia sprzed wybuchu. Byłem małym chłopcem, kiedy mnie ocalili.
Czy te rzeczy mogą wrócić? Taką mam nadzieję.
Lecz teraz, jedyne, czego się boję, to przyszłość.

„Metro 2033″, Dmitry Glukhovsky

„Metro 2033″ to mroczna opowieść o życiu wymierającej rasy ludzkiej, która w wyniku konfliktu atomowego, znalazła schronienie w tytułowym metrze.

Dumni niegdyś homo sapiens (władcy lądów i przestworzy), od 30 lat (brudni, niedożywieni i przestraszeni), kryją się pod ziemią, żywiąc się grzybami, szczurami, czasami wieprzowiną.
Codziennie walczą o życie, które mogą stracić z rąk popromiennych mutantów, czarnych homo novi, szczurów, faszystów, Wyznawców Wielkiego Czerwia, dżumy itp., itd. ….

A co się dzieje na ziemi?
Planeta, którą przez swoją głupotę zniszczył człowiek, już o nim zapomina. Jest opanowana przez nowe gatunki – owłosione stwory, drapieżne ptaki, zmutowane psy. Stworzenia te (w przeciwieństwie do człowieka) potrafią żyć na powierzchni skażonej planety. Są odporne na radioaktywne promieniowanie i polują na nielicznych ludzi, wychodzących nocami z metra.
Nawet słońce stało się nowym wrogiem człowieka – oczy przyzwyczajone do ciemnego metra, nie wytrzymują natężenia światła większego niż światło latarki, a promienie słoneczne mogą spowodować ślepotę.
Ludzkie dzieci, które rodzą się w metrze chorowite, ze słabym wzrokiem, cienkimi włosami i bladą, przezroczystą skórą, nie będą już miały szansy na odzyskanie swojej planety.

„Metro 2033″ polecam nie tylko wielbicielom literatury fantastycznej. Książka wciąga, zmusza do refleksji, jest ponadczasowa w wymiarze ludzkiej egzystencji.
No i te korytarze moskiewskiego metra – ciemne, niebezpieczne, w których czai się zarówno realne niebezpieczeństwo jak i ludzkie urojenia – doprowadzające niektórych do chorób psychicznych.

Wracając do tytułowego pytania: „Czy ludzkość przetrwa wojnę atomową?”, moim zdaniem niestety, nie …


Older Posts »

Powered by WordPress